sobota, 21 listopada 2009

W obronie Janosikowej

Niezachwiana jest wiara ludzi w moc państwa i porządek prawny Rzeczpospolitej. Z tej perspektywy rzeczywiście łatwo krytykować wyrok krakowskiego sądu w sprawie doktor Rosiek-Koniecznej, zwanej Janosikową. Ale jest inna.

Przypomnijmy: Janosikowa okradła państwo, wypisując w samym tylko 1999 roku ponad sześć tysięcy lewych recept. Narodowy Fundusz Zdrowia obliczył swoje straty na kilkaset tysięcy. Oto fakt. Sąd rozpatrzył sprawę, uznał jej winę, ale sprawę umorzył uzasadniając to znikoma szkodliwością społeczną czynu. Oto fakt drugi.
Krytycy orzeczenia sądu (najlepszy przykład tu), podnoszą, że wyrok jest kuriozalny, ponieważ czyn Janosikowej nie był znikomo szkodliwy społecznie (okradła na kilkaset tysięcy) a jej postępowanie nie różniło się niczym od zwykłego rabunku, gdy bandzior (np. Janosik) okrada prywatny sejf lub bank, by pieniądze rozdać potrzebującym. Rosiek-Konieczna powinna zostać skazana, choć – podnoszą krytycy wyroku – na karę niewysoką, , by wszystko było jasne: ukradła, została ukarana.
Niektórzy jeszcze dodają, że sąd pozwolił na uznaniowe okradanie państwa i nas wszystkich w imię wyższego celu czy wyższej konieczności. Ten akurat argument jest chybiony, bo stan wyższej konieczności jest terminem prawnym, zdefiniowanym i w tej sytuacji nie ma zastosowania (za kodeksem karnym: „nie popełnia przestępstwa, kto działa w celu uchylenia bezpośredniego niebezpieczeństwa grożącego jakiemukolwiek dobru chronionemu prawem, jeżeli niebezpieczeństwa nie można inaczej uniknąć, a dobro poświęcone przedstawia wartość niższą od dobra ratowanego”). Wypisywanie recept chorym i potrzebującym leczenia pod tę definicję nie podpada i sędzia w uzasadnieniu wyroku na taką okoliczność się nie powoływała.

Stojąc na gruncie legalizmu rozumowaniu krytyków wyroku nic nie można zarzucić. Ale rzeczywistość to ma do siebie, że nie cierpi jednoznaczoności. Legalizm uznaje bowiem pierwszeństwo norm/reguł przed dobrem. Czyn jest dobry, bo jest nakazany. Janosikowa złamała normę, dlatego postąpiła źle i powinna zostać ukarana. Filozofowie zdefiniowali dawno temu legalizm w etyce jako postawę uznającą, że działanie moralne jest sprawą posłuszeństwa regułom/normom, a relacje moralne składają się z obowiązków i praw określonych przez reguły. Wyższość prawa nad wszelkimi innymi normami i dobrami jest w takim systemie oczywista i bezwarunkowa.

Ale możliwa – i występująca w przyrodzie – jest inna postawa, stawiająca wyżej etykę, niż prawo. Innymi słowy: czyny są dobre bez względu na to, co o nich mówią reguły. Janosikowa pomagała ludziom wykluczonym, których państwo wystawiło na margines. Biednym, bezdomnym, nieubezpieczonym. Powody tej biedy, bezdomności i braku ubezpieczenia są nieistotne, ważne, że taki stan zaistniał. Janosikowa wypisywała recepty i leczyła ich, bo ceniła wyżej prawo tych ludzi do zdrowia i życia, niż prawo NFZ do bycia nieokradanym. Takiego etycznego wyboru dokonała. Jeżeli jej postępowanie było skutkiem takiego właśnie wyboru, sędzia powinna – i wzięła – to pod uwagę. Ważny w takim przypadku jest także motyw osobistych korzyści, ale ten, tu wszyscy są zgodni, nie zaistniał.

I jeszcze jedna sprawa. Odnoszę wrażenie, że ważnym elementem – aczkolwiek nie podnoszonym wprost – jest to, komu Janosikowa pomagała. Bezdomni i nędzarze w opinii części bardziej liberalnie nastawionego społeczeństwa, sami są winni swojemu położeniu. Okradanie NFZ z naszych pieniędzy, by pomóc tej grupie, uznawane jest za tym bardziej niestosowne. A gdyby Janosikowa pomagała dzieciom chorym na raka? Mam niestety podejrzenia, ze krytyka byłaby cichsza...

środa, 18 listopada 2009

Tylko mnie nie wk…aj

Jeśli po dwóch latach rządów Platforma ma 40 procent poparcia, to znaczy że wie o społeczeństwie coś, czego nie wiedzieli jej poprzednicy.

Partia Tuska opanowała do perfekcji główną zasadą decydującą o politycznych wyborach Polaków. Brzmi ona: tylko mnie nie wk…aj.


Czego oczekujemy od polityków? Są publicyści którzy odpowiedzą – wizji. Trafnych diagnoz, wyznaczania celów, porywania tłumów. Niech Polska będzie taka i taka. Zmieńmy, naprawmy, zróbmy. Pomożecie? Bo przecież tylko politycy z jasną wizją są w stanie „szarpnąć cuglami”. Inni odpowiedzą – pragmatyzmu. Muszą dobrze rządzić i walczyć o dobro wspólne. Polityk zajmujący się jedynie bieżącym zarządem, jak kiedyś rząd Marka Belki, naraża się na zarzut nicnierobienia. A gdzie reformy? Gdzie zmiany? – wołają publicyści. Tyle zagrożeń czeka w przyszłości, tyle złego stać się może, a wy nic. Nieudolność to straszna, dla nas i dla kraju niebezpieczna. Zmieńmy to, zmieńmy rząd.


Wołają tak publicyści, wołają niektórzy politycy, a ten głos echem od ścian się odbija i głuchy wraca. Nawet najgorętszy rewolucyjny zapał może wyziębić. Przyznajmy bowiem – jeśli rząd Tuska czymś się zajmuje, to teraźniejszością. Przyszedł do władzy, gdy wydawało się, że będzie dzielić bogactwo wzrostu gospodarczego i miliardów z Unii, a zmagać się musiał z kryzysem. (Źle, fałszywy to ogląd – nie tyle zmagać, co obserwować ze spokojem.) Miał obniżać podatki, reformować służb zdrowia (który to już raz), wydłużać wiek emerytalny, likwidować przywileje. Co z tego zrobił? Nic.

Czy w takim razie przyklasnąć trzeba publicystom, którzy z okazji rocznicy na rządzie Tuska psy wieszają? Nie. Bo oni jednego nie widzą.


Zejdźmy poziom niżej. Do zwykłego – użyję takiego określenia – wyborcy. Rodzina ze średniej wielkości miasta z dwójką dzieci, ona pracuje w budżetówce, on u prywaciarza. Czego oczekują od polityków? Zmian? Wydłużenia wieku emerytalnego w imię dobra przyszłych pokoleń? Albo małżeństwo emerytów. Czy chce kolejnych rewolucji w służbie zdrowia? Przeżyli już niejedne, lepiej nie było. A prywatny mały przedsiębiorca? Chciałby mniejszych podatków, to oczywiste, ułatwień w prowadzeniu działalności, mniejszej biurokracji, ale tak po cichu, przy wódce, to jedno tylko mu się marzy – żeby nie było gorzej. Lepiej niech nic nie ruszają, tyle już było nowości, a nie pamięta, by na lepsze.

To właśnie postawa dominująca w społeczeństwie – żeby nie było gorzej. Rewolucjoniści marzą o zmianach, ludzie o status quo.


No dobrze, zaoponuje ktoś, ale przecież gdyby tak było w istocie, żadna zmiana by nie zaszła. Jak doszli do władzy Kaczyńscy? Powiedzieli, że trzeba rewolucji, ludzie im uwierzyli. Niby racja, ale zauważmy, że zawołanie braci Kaczyńskich to była reakcja. Gdyby rządy lewicy nie rozsierdziły ludzi do nieprzytomności, nie wk..ły, nie zdenerwowały aferami, na nic by się zdały te okrzyki. To właśnie naruszenie przez lewicę status quo pozwoliło wejść na szczyt PiS-owi.

Platforma zrozumiała tą perspektywę. Trzeba się zajmować sprawami bieżącymi i nie denerwować ludzi. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby Donald Tusk nad lustrem w łazience miał takie właśnie hasło: tylko ich nie wk…aj. Rządć tak, żeby nie było im gorzej. W zapewnienia, że będzie lepiej, ludzie nie wierzą. Na spokojne czasy trzeba spokojnych polityków.


Można zżymać się na taką perspektywy, że egoistyczna, krótkowzroczna, ale jedno za nią przemawia – doświadczenie. Co my wiemy o systemie emerytalnym przyszłości? Dziesięć lat temu przeżyliśmy rewolucję emerytalną, miało być lepiej. Jest? Już wiemy, że potrzeba kolejnych zmian. Dwadzieścia lat temu był komunizm. Znajdźcie polityka, który prorokował, że Polska będzie w NATO, Unii, a mieszkania będą po dziesięć tysięcy i ludzie będą je kupować? Że średnia pensja będzie wynosić ponad tysiąc dolarów. Tysiąc dolarów! Kto by w to uwierzył w 1989?

Stara, dwudziestowieczna polityka, wymagała od rządzących myślenia o przyszłości. Obecna wymaga zajmowania się bieżączką. Kiedyś w imię przyszłości miliony oddawały życie. Dziś ludzie nie mają ochoty na takie bohaterstwo. I wcale nie jestem przekonany, że to gorsza perspektywa.

wtorek, 17 listopada 2009

Człowiek bez właściwości, czyli gdzie jest SLD

Najprostsze ćwiczenie: zadajmy sobie pytanie, co kojarzy się nam z konkretną partią. PiS? Dla jedynych to partia Kaczorów, konserwatywna i zacofana, dla innych partia interesu narodowego. Platforma – może być partia piaru, liberalizmu, afer, albo partia profesjonalistów, Orlików i stadionów. PSL – partia chłopów. A SLD? Dziura. Nic. Czyli Napieralski.


Marketing, także marketing polityczny, jedną podstawową ma zasadę – konsumenci wybierają produkty i usługi ze względu na wyobrażenia, jakie o nich mają. Dlatego wydaje się miliardy na kreowanie tych wyobrażeń. Kierowcy wybierają toyoty, bo mają przekonanie, że to najmniej usterkowe samochody (choć są inne, z lepszymi wynikami), młodzi kupują buty adidasa i pumy, bo wydaje im się, że najwygodniejsze i najlepsze (choć produkowane są w tej samej fabryce w Chinach, co mniej popularne marki). Marka, a nie produkt, jest wartością. Większość polityków już dawno przyswoiła sobie te reguły. Kaczyńscy wygrali wybory, bo jawili się społeczeństwu jako partia zmian i uczciwości. Tusk wygrał, bo zaprezentował się jako ten, który powstrzyma Kaczyńskich. Właściwy wizerunek we właściwym czasie decyduje o wygranej. Najwłaściwszy nawet, w złym czasie, przegrywa.


Grzegorz Napieralski zaczął dobrze (jak na polityka), od wbicia noża w plecy swojemu szefowi i mentorowi, Wojciechowi Olejniczakowi. Przejął władzę w SLD, zarzucając szefowi nieudolność, po półtora roku jego partyjnych rządów okazało się, że nieudolności to Olejniczak mógłby się od niego uczyć. Jeśli ktoś w polskiej polityce posiada czarny pas w tej kategorii to właśnie Napieralski. Sondaże dla prowadzonej przez niego partii ani drgną, wizerunek partii jest tak mdły, że aż niestrawny, komunikaty do wyborców sprzeczne, wizje niejasne. Charyzmy przywódca SLD tyle, co moje biurko, zdolność precyzowania jasnych komunikatów jak, nie przymierzając, Gosiewski.


Teraz test.

Czy SLD jest za czy przeciw wieszaniu krzyży w szkołach i miejscach publicznych?

Czy postuluje rejestrację związków partnerskich, czy jest jej przeciwny?

Czy chce dokończenia reformy emerytalnej, czy nie?

Czy chce twardej polityki wobec Rosji, czy bardziej pragmatycznej?

Konia z rzędem temu, kto znajdzie wyborcę potrafiącego od razu odpowiedzieć na te pytania. Choć ci sami wyborcy bez zastanowienia wyjaśnią, jakie jest zdanie PiS czy PO w tych kwestiach. Oto obraz upadku partii dowodzonej przez Napieralskiego.


Poparcie dla SLD oscyluje w granicach 10 procent. Czy w Polsce nie ma lewicowego elektoratu? A może konserwatywna rewolucja tak przeorała świadomość, że na scenie politycznej nie ma już miejsca dla lewaków? Próżne nadzieje. Swego czasu Napieralski napatrzył się na hiszpańskiego premiera Zapatero, odbył nawet pielgrzymkę, by na miejscu nauczyć się, jak zwyciężać. Wrócił. I zapowietrzył się na amen, bo przestudiował jeszcze raz sondaże i wyszło mu, że o związkach partnerskich czy rzeczywistym rozdziale kościoła i państwa nie ma co nawet wspominać. Nie ten kraj – powiedziały słupki Choć pewnie gdyby głębsze nauki pobrał, coś o historii Hiszpanii się dowiedział, przypomniał sobie, kto tam rządził przez wiele lat, może analogie między tymi dwoma krajami by zauważył. Ale do tego trzeba wizji i własnego zdania.


Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że sytuacja w SLD przypomina tę w PZPN. Nie chodzi o łapówkarstwo, ale mentalność. Przed rozstrzygającą rozgrywką z Olejniczakiem Napieralski obiecał starym działaczom zachowanie status quo i z tego zadania wywiązuje się całkiem dobrze. A że sukcesów brak, kibice się odwrócili, a partia nie z młodością, ale leśnymi dziadkami się kojarzy? Jak to powiedział w ostatnim wywiadzie Napieralski, „pracujemy nad tym”. Nadzieja, że na grudniowej konwencji komuś wpadnie do głowy, by go z tej ciężkiej pracy zwolnić.

środa, 11 listopada 2009

Dlaczego ekonomiści nie wierzą w rynek

Czytam kolejne kasandryczne zapowiedzi dotyczące demografii, systemu emerytalnego i zagrożeń przyszłości. Tym razem prorokuje Jan Rutkowski, główny ekonomista Banku Światowego ds. społecznych tu. Stan na dziś opisuje znajomo: dzietność na poziomie 1,3 spowoduje, że za 25 lat liczba Polaków wieku produkcyjnym spadnie z 27 do 23 milionów. Na stu pracowników będzie wtedy przypadało 36 osób starszych (dziś 19). Wydłuży się czas życia człowieka, więc w przyszłości państwo więcej będzie musiało wydawać na opiekę zdrowotną, emerytury i renty. A nie będzie z czego. Rutkowski Rzuca jeszcze jedną ciekawą tezę: za 25 młodzi zbuntują się przeciw starym, bo nie będą chcieli na nich łożyć. Ale starych będzie więcej, więc wybiorą partie dbające i ich interesy.

Wyjście z sytuacji? Tu seria powtarzanych od dawna przez ekonomistów propozycji – wydłużyć wiek emerytalny, zrównać wiek kobiet i mężczyzn, zlikwidować przywileje emerytalne i dokończyć reformę.

Rozumiem, że ekonomiści biją na alarm, ale dziwi mnie, że ich wizje całkowicie pomijają mechanizmy wolnorynkowe. Trudno bowiem założyć, że w 2035 roku miliony emerytów będą zbijały bąki, godząc się z pogorszeniem jakości życia (głodowe emerytury), gorszą opieką zdrowotną (pusta kasa państwa) i napięciami społecznymi na linii starzy-młodzi. Trudno również założyć, że młodzi, obłożeni horrendalnymi podatkami (brakuje na opiekę zdrowotną i społeczną), składkami zusowskimi (skąd na emerytury), będą spokojnie patrzeć, jak wybrani przez starych politycy będą nierównomiernie dzielić dochód (starzy mają kartki do głosowania, to prawda, ale młodzi ulice). W końcu nieprawdopodobne wydaje się, by przedsiębiorcy, spokojnie godzili się z brakiem rąk do pracy.

Taka sytuacja zakłada całkowita nierównowagę rynku. A przecież – zgodnie z teorią ekonomiczną – rynki dążą do równowagi. Jeśli tak jest w istocie, to bardziej prawdopodobnym wydaje się, że starsi pracownicy nie będą chcieli tak szybko uciekać na emerytury, a pracodawcy sięgną po rezerwy, czyli właśnie emerytów. Zaproponują im takie warunki, że będzie im się chciało i opłacało pracować dłużej. Zaoferują lepszą opiekę zdrowotną, byle mieć ręce do pracy. Wzrosną koszty pracy, to prawda, ale wzrosną one w większości państw europejskich, bo one borykają się z tym samym, demograficznym, problemem.

Tak właśnie się stanie, jeśli mechanizmy wolnorynkowe zadziałają. Dlaczego ekonomiści nie mówią o takiej możliwości? Jedna z możliwych odpowiedzi brzmi: bo to tylko teoria. Druga – bo to niewygodne. Jak wtedy przekonywać ludzi, że trzeba podnieść wiek emerytalny i ograniczyć przywileje?

wtorek, 10 listopada 2009

Tolerancja 2.0

Po co wciąż dyskutować, czy krzyże w miejscach publicznych łamią zasadę neutralności światopoglądowej państwa, czy nie. Przyznajmy – przecież nie chcemy takiego państwa.

Jedni ogłaszają, że wyrok Europejskiego Trybunału w Strasburgu to ciąg dalszy wojny z Panem Bogiem, inni – że w końcu Trybunał powiedział, co to znaczy demokracja. Argumenty mielą się, strony zacietrzewiają, kolejna runda „konserwatyści kontra cywilizacja śmierci” trwa w najlepsze. Wygranych nie ma, przegranych także, bo zwycięstwa własne i porażki przeciwników ogłaszane są szybciej, niż nokauty Gołoty. Ale nie oszukujmy się – to nie jest walka o mistrzostwo świat, a sparing tylko. O mistrzostwo nikt walczyć nie chce, bo ono już zaklepane, a jak mawiali niektórzy „raz zdobytego nie oddamy nigdy”.

Można obserwować te zmagania z przymrużonym okiem, ale niedługo, bo skurczów się nabawimy. Gdy oczy otworzymy szeroko, co innego widać. Bitwa o krzyże to symptom czego znacznie poważniejszego – sporu o tolerancję.

Gdybym za tolerancyjnego chciał uchodzić, zajrzałbym do słownika, pod hasło odpowiednie i wyczytał, jakim być powinienem. Cierpliwie znosiłby, nawet przecierpiał, poglądy i postawy według mojego mniemania nieodpowiednie. Protestowałbym, głośno lub cicho, ale cóż, pogodzić bym się musiał, że nie wszyscy z takiej samej gliny jak ja.

Ale bardzo byłbym nie na czasie, gdybym teraz prezentował taką tolerancję. Świat się rozwija (albo zawija), konserwatywna fala zalała Polskę, web jest 2.0, to i tolerancja musiała się zmienić. Zgadzać się na inne postawy, poglądy, i owszem, będę, ale tylko te zbliżone do moich. Sam zdefiniuję i określę, co Innym można i wypada, dopiero gdy na moje definicje się zgodzą, dopuszczę do polemiki. Istnieje pole marginesu i odstępstwa, ale ja je określam i tylko wtedy do dyskusji dopuszczam. A jak nie – to do śmieci.

Jak to wygląda w praktyce? Jak mówiła jedna starsza pani, „mogą sobie ci długowłosi chodzić po ulicach, tylko w innych fryzurach”.

Niech sobie ci geje będą, tylko niech nie robią tego, co robią. Zamkną się w domach, każdy w swoim oczywiście, bo przecież nie może być tak, żeby chłop z chłopem mieszkał. Niech się razem nie pokazują na ulicach, bo co to za przykład dla młodych. A w ogóle niech zamilczą, schowają się do dziury (mysiej) i nie przypominają o swoim istnieniu. Każde odstępstwo od takiej wykładni to propaganda nachalna i deprawacja.

Ateiści? Przyznajmy, są, ale broń boże niech nie uczą w szkołach, a publicznie o swojej amoralności też zmilczeć powinni, bo przestrzeń publiczna już zagospodarowana.

In vitro? Jeśli już, to tylko dla małżeństw, choć najlepiej w ogóle.

III RP? Kto wznosi peany na jej cześć, złodziejem jest i basta.

Zwolennik Kaczyńskich? Niech moher na łeb wciśnie i głosu nie zabiera.

Tolerancja w wersji 2.0 nie przyjmuje do wiadomości istnienia Innych. Są jedynie jeszcze nienawróceni. Na nasze poglądy. Dlatego nie dopuszcza istnienia takiej konstrukcji jak państwo neutralne światopoglądowo, bo ono zakłada zgodę na poglądy tak różne od naszych, że niemożliwe do naprostowania.

W czasach takiej tolerancji najważniejsze są prawa większości. A że starożytnym nie całkiem o to chodziło? Cóż, może ich też naprostować trzeba.

czwartek, 24 lipca 2008

Co Europa myśli o chamach

Poseł Palikot nazwał prezydent RP chamem, czym wywołał święte oburzenie i reakcje prokuratury, która natychmiast wszczęła śledztwo z paragrafu „znieważenie głowy państwa”. Znieważenie jest ewidentne, bo trudno uznać, że określenie „cham” miało mile połechtać prezydenta, a poseł Palikot miał co innego na myśli. Z punktu widzenia polskiego prawa sprawa jest ewidentna, zastanawiać się można tylko nad wysokością kary, jaką wymierzy sąd.
Ale, ale, nie tak szybko. Zawsze podejrzewałem posła Palikota o ciągotki estradowo-kabaretowe, ale nigdy o głupotę. Co bowiem się stanie, jeśli polski sąd posła prawomocnie skarze? Pójdzie on do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu i wygra. Bez dwóch zdań.

Trybunał już wypowiadał się w podobnych kwestiach. W 1997 roku orzekł, że „określenie idiota – użyte wobec polityka w publicznej debacie – aczkolwiek obraźliwe – nie może być podstawą skazania osoby posługującej się takim epitetem”
.
Wyrok dotyczył sprawy „Oberschlick przeciw Austrii” i zapadł 1 lipca 1997 roku. Oberschlick był dziennikarzem tygodnika Forum a Joerg Haider politykiem, przewodniczącym Austriackiej Partii Wolności.
Zgodnie z doktryną Trybunału, polityk musi tolerować więcej krytyki niż zwykły obywatel, przy czym dotyczy to również bolesnych reakcji mediów i opinii publicznej, szczególnie jeśli polityk sam je sprowokował własnym zachowaniem lub słowami. Mowiąc inaczej, ktoś zaangażowany w działalność publiczną powinien pogodzić się w tym, że będzie przedmiotem ataków raniących jego poczucie godności.
Trudno mieć wątpliwości, że opinia Palikota o Kaczyńskim podpada pod tę wykładnię.

Cieszyłbym się, gdyby Palikota polski sąd skazał, bowiem tylko wtedy będzie mógł się odwołać do Strasburga. Paragraf „znieważenie głowy państwa” jest równie absurdalny, jak – także obowiązujący – prawny zakaz korzystania z trawników. Prezydentowi, podobnie jak innym politykom, przysługuje szacunek z racji czynionych przez niego działań i postawy, a nie z racji urzędu. Niejeden funkcjonariusz publiczny swój urząd ośmieszył i zniesławił. Nikt ich za to karze.

piątek, 20 czerwca 2008

Kacze opowieści

„Do Boju Polsko"
Podręcznik do historii dla klas trzecich gimnazjum.
Posiada akceptację Ministra Edukacji Narodowej i Wychowania Patriotycznego Przemysława Gosiewskiego
Konsultacja: Instytut Pamięci Narodowej
Rok wydania: 2017


Rozdział 11.
Rola Lecha Wałęsy w utrzymaniu wpływów komunistycznych w tzw. III RP
(wypisy)

Na przełomie 1979 i 1980 roku w czynnikach oficjalnych ZSRR narastało przekonanie, że zimna wojna nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Wśród członków politbiura powstała nieformalna grupa mająca za zadanie opracowanie tajnego planu demontażu ustroju komunistycznego z jednoczesnym zachowaniem nieoficjalnego wpływu na sferę polityczną i gospodarczą krajów bloku komunistycznego (tzw. Grupa Pięciu: Breżniew, Gromyko, Andropow, Czernienko, Gorbaczow). Plan zakładał wybuch protestów społecznych w Polsce, które następnie rozprzestrzeniłyby się na pozostałe kraje Układu Warszawskiego i i późniejszy demontaż ustroju komunistycznego. Wpływ i kontrolę na przebiegiem protestów zapewnić miał Lech Wałęsa, współpracujący z polskim aparatem bezpieczeństwa od 1970 roku i zarejestrowany pod pseudonimem Bolek. (…) Największe problemy Służbie Bezpieczeństwa sprawiała działalność braci Lecha i Jarosława Kaczyńskich, którzy już we wrześniu 1980 roku rozszyfrowali plan Grupy Pięciu i próbowali przejąć kontrolę nad działalnością „Bolka”.
(…)
Wprowadzenie stanu wojennego w Polsce przez generała Jaruzelskiego, współpracującego z ortodoksyjnym skrzydłem KPZR, pokrzyżowało szyki Breżniewowi. Jego śmierć w niewyjaśnionych do końca okolicznościach pozwala przypuszczać, że padł on ofiarą zakulisowych rozgrywek w obrębie KPZR.
(…)
Lata 1982-1988 upłynęły pod znakiem nieformalnej walki między przywódcami radzieckimi (po śmierci Breżniewa grupie udało się odzyskać wpływy i pierwszym sekretarzem KC KPZR zostali kolejno: Jurij Andropow, Konstantin Czernienko, Michaił Gorbaczow) a generałem Jaruzelskim, pragnącym przejąć kontrolę nad poczynaniami agenta Wałęsy.
(…)
W początkach 1988 roku na tajnym spotkaniu w Irkucku Gorbaczow wymógł na Jaruzelskim akceptację dla planu demontażu ustroju komunistycznego z jednoczesnym zachowaniem wpływów. Pomysł Okrągłego Stołu podsunął Jaruzelskiemu sam Wałęsa, argumentując, że dzięki temu opinia publiczna zaakceptuje warunki tego porozumienia.
(…)
Wynik wyborów 1989 roku pozwoliły na wprowadzenie planu w życie. Filozofia „grubej kreski” zapewniła komunistycznej nomenklaturze możliwość działania w nowej rzeczywistości, bez obawy o rozliczenia i sądy. Zgodnie z wytycznymi agent Wałęsa wystartował w wyborach prezydenckich, zdobywając większość głosów. Odkrywając prawdziwy cel działań Wałęsy, Lech i Jarosław Kaczyńscy postanowili opuścić jego kancelarię w październiku 1991 roku. Wciągu pięciu lat prezydentury Lech Wałęsa zdołał zrealizować większość politycznych celów, które postawili przed nim zleceniodawcy.
(…)
Niejawna działalność Wałęsy stała się przedmiotem publicznej debaty dopiero w 2008 roku, po publikacji historyków Instytutu Pamięci Narodowej Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka, zatytułowanej „Wałęsa a SB”. Na nic zdały się opór i wściekłe ataki postkomunistycznego establismentu – prawda o agenturalnej działalności Wałęsy przedarła się do świadomości Polaków. W 2009 roku historycy IPN podjęli próbę wyjaśnienia roli i związków z komunistycznym aparatem bezpieczeństwa papieża Jana Pawła II. Książka „Dwaj agenci W. Jak Wałęsa i Wojtyła budowali III RP” ukazała się w październiku 2010 roku (decyzją MENiWP wprowadzona na listę szkolnych lektur obowiązkowych w 2012 roku).
(…)
Historycy Cenckiewicz i Gontarczyk, w uznaniu zasług dla budowania tożsamości narodowej, w Święto Niepodległości 2015 roku zostali odznaczeni orderem Orła Białego przez rozpoczynającego III kadencję prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
(…)
Decyzją rządu Jarosława Kaczyńskiego z 14 lipca 2014 roku, wszelkie publikacje podważające agenturalną działalność Lecha Wałęsy zostały uznane za przejaw „kłamstwa solidarnościowego”, za co grozi do czterech lat więzienia. Jeden z pierwszych wyroków zapadł w październiku 2014. A. Podkańskiego skazano na trzy lata więzienia w zawieszeniu za publikację „Ścierwojady. Jak historycy IPN pisali historię na zamówienie”.